Na sanki!

Mam kilka takich wspomnień z dzieciństwa, dzięki którym wiem, jak może wyglądać prawdziwa zima. Nie na wsi, nie w górach, ale w mieście. Śnieg po kolana, zamarzające drzwi od klatki schodowej, droga do szkoły, która była jedną, wielką ślizgawką czy bałwan, który ulepiony na początku zimy, potrafił stać całymi tygodniami. Pamiętacie orzełki na śniegu albo wojny na śnieżki? 🙂 Ależ to była zabawa!

Nie lubię zimna, jestem rasowym piecuchem, ale skoro i tak mamy różne pory roku, to niech zima będzie zimą. Z białym puchem, skrzypiącym śniegiem pod butami, ośnieżonymi drzewami i białymi dachami domów. Tylko w takim wydaniu ta pora roku ma prawdziwy urok. Sami dobrze wiecie jak to wyglądało w ostatnich latach. Długo się zastanawiałam czy kupowanie sanek ma jakikolwiek sens. Bałam się, że przeleżą cały sezon, bo znowu będziemy mieć jesień zamiast zimy. Przyznaję, że na zakup zdecydowałam się dopiero po obiecującej prognozie pogody 🙂 Pomyślałam, że skoro ma tyle sypać, to należy to wykorzystać. Kto wie, kiedy znów nadarzy się okazja?

Marzyły mi się tradycyjne drewniane sanki, takie jakie kiedyś miałam ja. Chciałam jedynie by miały oparcie i pasy do przypięcia dziecka. W końcu to miał być pojazd dla osóbki, która jeszcze nie rozumie, co to znaczy ” trzymaj się”. Najpewniej sfrunęła by z nich przy pierwszym napotkanym wyboju 😀 Rozpoczęłam poszukiwania tradycyjnie od przejrzenia internetu – odkąd zostałam mamą często robię zakupy w sieci, bo tak jest mi łatwiej. Już po przejrzeniu kilku pierwszych sklepów byłam zaskoczona. Staram się być na tzw. „czasie” z różnymi artykułami dla dzieci, ale jakoś temat sanek nigdy mnie nie interesował, aż do tej zimy. Szukałam drewnianych sanek, a znalazłam prawdziwe sankowe bolidy formuły 1. Śpiworki, pchacze, daszki, kolory… można zwariować. A żeby nie zwariować jak zawsze zaczęłam od analizy.

  1. Sanki muszą być solidne, bezpieczne, trwałe, praktyczne…Ale jakie? Drewno czy metal?
  2. Oparcie. Koniecznie!
  3. Pasy? Bezwzględnie!
  4. Śpiworek? Hmm wcześniej o tym nie myślałam. w końcu kombinezon zimowy ma. Ale… kombinezon nie zawsze jest wygodny, szczególnie w pozycji siedzącej, a tak mogłaby w kurtce „śmigać” po zaspach… Hmm czemu nie?
  5. Daszek? Niekoniecznie. Kapturek wystarczy, a w zamieć śnieżną i tak nie zamierzam z Majką zdobywać świata
  6. Pchacz? W wózku się sprawdza, w jeździku, którym przemierzała podwórko dziadków wzdłuż i wszerz, również był wygodny. Niech będzie i w sankach!

Ostatecznie B. podjął męską decyzję i zamówiliśmy sanki metalowe. Miały wszystko to, co chcieliśmy – oparcie, śpiworek i pasy, a dodatkowo w zestawie trafił nam się „niepotrzebny” daszek i pchacz, który traktowaliśmy jako ciekawy dodatek. Po ponad tygodniu częstego użytkowania (niech żyje śnieg!) nowych sanek, mogę podzielić się z Wami swoją opinią.

  1. Nie wiem jak sprawowałyby się sanki drewniane, ale na te naprawdę nie można narzekać. Lekkie, dobrze wykonane, mają bardzo dobry poślizg. I są magiczne… dosłownie! Po otwarciu przesyłki, Majka koniecznie chciała w nich usiąść i nie chciała z nich zejść, przykrywając się co chwila kawałkiem śpiworka. I tak pierwsze saneczkowanie zaliczyliśmy w domowym zaciszu, a mój szkrab siedział w jednym miejscu ponad godzinę! 😀 Chyba po zimie wstawię je do pokoju 😛
  2. Oparcie dobrze wyprofilowane ( siadałam i testowałam osobiście 🙂 )
  3. Pasy wygodnie regulowane i bez nich w ogóle nie wyobrażam sobie jazdy z moim dzieckiem. Chucham, dmucham, opiekuję się jak małą, delikatną księżniczką, a okazuje się, że mój mały rozbójnik nudzi się na sankach! Musi być szybko i muszą byś ostre zakręty. To dopiero jest zabawa! Ile przy tym śmiechu i pisków. 🙂 Cudowne chwile <3 I chociaż czasami trę już językiem po śniegu ze zmęczenia, to dla tej radości mogłabym tak biegać godzinami 🙂 A skoro ma być szybko to tylko z pasami!
  4. Śpiworek… bajka! Rozsuwany na całej długości, więc bardzo łatwo posadzić w nim dziecko. Cieplutki – my wybraliśmy z wełnianą podszewką, nieprzemakalny (dla mnie to podstawa). Jest spory, na pewno spokojnie posłuży nam cały następny sezon.
  5. Pchacz… nie uwierzycie jakie to wygodne przy sankach! Całkowita kontrola prędkości przy zjeżdżaniu z pochyłego terenu. Przy rocznym dziecku taka kontrola to dla mnie wielki plus dla bezpieczeństwa. I wcale nie mówię tu o specjalnie wysokiej górce. Próbowałam ciągnąć  sanki z Mają na pokładzie po osiedlowej drodze, która leży pod pewnym kątem… po kilku sekundach zostałam dosłownie w tyle. Nie mam ochoty ganiać sanek z rocznym dzieckiem w roli pasażera. Nie potrzebne mi takie dodatkowe emocje 😛
  6. Daszek. No cóż… ja byłam zupełnie przeciwna, ale muszę przyznać, że się myliłam. Daszek przydał się już pierwszego dnia śnieżnego szaleństwa. W mieście zawsze biały puch szybciej topnieje, więc najczęściej jedziemy na sanki poza miasto. W trakcie spaceru zaskoczyły nas dość mocne opady śniegu. Kaptur nie wystarczył. Na pewno zależy to również od dziecka, ale Maja widziała śnieg po raz pierwszy w życiu, i gdy nagle te małe, białe okruszki spadające z nieba zaczęły atakować jej buzię, nie była zachwycona. Przestałam traktować ten element wyposażenia jako niepotrzebny gadżet.

 

Sanki kupiliśmy TUTAJ

Dodatkowe informacje:

  • sanki od polskiego producenta ( dla mnie ważne)
  • z daszkiem lub bez (do wyboru)
  • ze śpiworkiem lub miękkim materacem (do wyboru)
  • podszewka śpiworka wełniana lub polar (do wyboru)
  • sanki śpiworki, materacyki  w kilku opcjach kolorystycznych (dla wymagających)

Miłego weekendu!! 🙂

Magda

 

 

 

 

Kombinezon zimowy

Kochani z niemałym opóźnieniem, ale publikuję post na temat kombinezonu zimowego. Po wpisie na temat garderoby zimowej dla roczniaka, otrzymałam kilka zapytań i prośbę o więcej zdjęć. Zdjęcia zrobiłam już dawno, ale utknęły w zapomnianym folderze, a ja w trakcie świątecznych przygotowań, zapomniałam o nich całkowicie. Wybaczcie. Już się poprawiam i nadrabiam zaległości.

Kombinezon zakupiłam w sklepie Smyk, nic niezwykłego, ot popularna sieciówka. Przyznam, że w ostatnim czasie nie kupuję tam często. Jakoś co sezon mam upodobania na inne sklepy, pewnie to w głównej mierze zależy od kolekcji. Szukając kombinezonu postanowiłam przejrzeć jednak wszystkie oferty, tym bardziej, że niewiele modeli rzuciło mi się w oko, a cena nie była tu bez znaczenia.

Co mnie przekonało?

  • cena ( był przeceniony o 30% od ceny wyjściowej i ostateczna kwota była na moją kieszeń)
  • zapięcie (rozsuwany po obu stronach na całej długości aż do stópek, co wiąże się z łatwiejszym ubieraniem malucha)
  • ściągacze przy stopach i dłoniach (musiałam zakupić kombinezon rozmiar większy, bo ten w sam raz nie doczekałby końca zimy, a dzięki ściągaczom dobrze się trzyma na miejscu)
  • dołączone rękawiczki ( nie był to prorytet, ale są, nieprzemakalne, a za to plus)
  • plus za dołączony szalik pasujący kolorystycznie
  • wielki plus za neutralny kolor kombinezonu pasujący do wszystkiego ( nie musiałam się zastanawiać nad doborem koloru czapki )
  • nieduża, subtelna, nie rzucająca się w oczy grafika

Dla zainteresowanych: szukałam kombinezonu na stronie smyka i już go nie ma. Już gdy go kupowałam nie było wszystkich rozmiarów no i był przeceniony więc nie ma się co dziwić. Poszukałam jednak na stronie i zamieszczam Wam kilka linków do podobnych kombinezonów z tego samego sklepu. Może ktoś akurat szuka i coś przypadnie mu do gustu 🙂

Link 1

Link 2

Link 3

 

A Wy w jakich sklepach najchętniej robicie zakupy swoich dzieciom? Korzystacie z wyprzedaży? 

Miłego dnia!

Magda 🙂