Drugie urodziny Majki

Jeszcze rok temu myślałam, że nic nie może przebić pierwszych urodzin. No jak to? Przecież to przełom w życiu małego dziecka. Pierwszy tort, pierwsze urodzinowe przyjęcie, pierwsze urodzinowe prezenty i pamiątkowe zdjęcia. Naprawdę niezapomniane chwile w życiu każdego rodzica. No właśnie… rodzica. Bo tego żadne dziecko nie będzie pamiętać. Drugich pewnie też. Ale jest jedna zasadnicza różnica…drugie urodziny to już dla dziecka prawdziwa frajda. 🙂 Już od kilku tygodni opowiadaliśmy córce, że niedługo będzie miała dwa latka i przyjadą do niej ciocie, wujkowie i dziadkowie. Chcieliśmy jej wytłumaczyć co to wszystko w ogóle oznacza. Pokazywaliśmy kreskówkę w której ktoś gasi świeczki na torcie, czytaliśmy Pucia, który w jednej z książek również miał swoje święto. Dzięki temu Maja ciągle mówiła, że będą jej urodziny i będzie miała torcik – to umiała powtórzyć bez problemu 🙂 Dzień przed imprezą pompowaliśmy razem z nią balony i szykowaliśmy odświętne ubranko. Chcieliśmy, żeby we wszystkim uczestniczyła i wiedziała, że te całe urodziny to coś naprawdę wyjątkowego.

Same urodziny przeszły moje najśmielsze oczekiwania, szczególnie jeśli chodzi o reakcje Majki. Nie myślałam, że będzie już taka świadoma tego co się dzieje i że będzie się z tego tak cieszyła. Doskonale wiedziała, że prezenty są dla niej, doskonale wiedziała, że wszyscy przyszli specjalnie dla niej i że trzeba zdmuchnąć świeczki na torcie…a to dmuchanie nie miało końca. Sama nie wiem, kto miał z tego więcej radości. Zapalaliśmy świeczki 5 razy i 5 razy biliśmy brawo, a Maja była tak cudownie roześmiana i zadowolona 🙂 Zaraziła tą radością wszystkich gości. Śmialiśmy się w głos jak małe dzieci. 🙂 Nieważne zmęczenie, godziny przy garach, nieudane biszkopty, zwarzone kremy i niewyspanie. Dla tej radości, dla tego gaszenia świeczek i chwili kiedy mój niejadek zjadł cały kawałek tortu, mogłabym organizować to wszystko co tydzień. I kiedy tak stałam z aparatem w ręku, zmęczona, niewyspana po zarwanej przez jubilatkę nocy, z włosami upiętymi w pośpiechu mimo planów, że powinnam wyglądać „jak człowiek”, patrzyłam na moją małą księżniczkę i myślałam, że kurcze było warto…

 

 

 

 

 

 

 

Pierwsza wizyta w zoo

Temat zoo wydaje się dość banalny. W końcu to nic nowego, że rodzice zabierają tam dzieci, by spędzić z nimi czas. Ale nie można zapominać również o tym, że atrakcje, które fundujemy naszemu dziecku, mają być atrakcją właśnie dla niego. Dlatego mieliśmy sporo wątpliwości, czy Majkę zainteresuje oglądanie dzikich zwierząt. Sami wiecie, jak rozbrykane są Wasze dzieci i  jak ciężko im się skupić na dłużej 🙂 Daleko im raczej do spokojnego oglądania kolejnych okazów.  Na szczęście zoo to nie muzeum, zwierzęta się ruszają, czasem wydają dźwięki, jedzą, pływają, latają, zwisają głową w dół… krótko mówiąc dzieje się!  Dużą atrakcją dla małej był wolno chodzący po alejkach paw, bo to taki zwierzak „w zasięgu ręki”. Majka kucała przy nim dobrych kilka minut i pokazywała paluszkiem, że się porusza. Dodatkowo kolory piór na pewno zwracają uwagę dziecka. Taka kolorowa kura z długim ogonem 😀 Z pawiem Majka spotkała się pierwszy raz, bo tak jakoś wyszło, że w żadnej książeczce o zwierzętach go nie widziała. Co innego słonie i żyrafy! Nie dość że ooogromne, na wolnym wybiegu, czyli nie da się ich przeoczyć, to jeszcze wyglądają jak zwierzątka z obrazków z ulubionej książeczki. Od razu dało się zauważyć, że poznaje, reaguje na nazwę i jest pod wrażeniem 🙂

Ale chyba nic nie pobije pingwinów! To był prawdziwy hit naszej rodzinnej wyprawy. 🙂 Super, że jest ich tak dużo. Super, że są tak pięknie wyeksponowane na wysoko położonych skałach. Super, że mają szklany basen, przez który każde, nawet najniższe dziecko, może zobaczyć z bliska jak pływają. 🙂 To był nasz najdłuższy przystanek w zoo, który wykorzystaliśmy na krótki odpoczynek w cieniu drzew. Po prostu nie mogliśmy stamtąd odejść. 🙂 Miło było zobaczyć w oczach własnego dziecka tyle radości. Po tych cudownych chwilach wśród pingwinów zwyczajnie nam padła i przez resztę czasu mieliśmy fantastyczną zoo-randkę we dwoje 🙂

Jeśli zastanawiacie się jaki moment jest najlepszy, by wybrać się z dzieckiem na pierwszą wizytę do zoo, to mogę śmiało powiedzieć, że półtoraroczne dziecko czerpie już z tego typu atrakcji sporo świadomej przyjemności, oczywiście na poziomie małego dziecka. Warto przed wizytą opowiedzieć dziecku gdzie je zabieramy, w jakim celu i co będzie tam mogło zobaczyć, a wspomóc się można dziecięcą książeczką ze zwierzętami. Taki wstęp, na krótko przez wizytą w zoo, na pewno wiele dziecku wyjaśni i w jakiś sposób przygotuje do zwiedzania.  Polecam również niezbyt gorący dzień, bo w naszym przypadku temperatury nie sprzyjały długiemu zatrzymywaniu się przy poszczególnych zwierzakach. 🙂

Ojców – black&white

Dziś lekki, wakacyjny post pełen wspomnień. Bo właśnie najpiękniejsze co nam pozostaje po wakacjach to niezwykłe wspomnienia i cudowne zdjęcia. Miejsce nie nowe, ale za to ukochane i naprawdę co roku poznaje je z zupełnie innej, nowej strony. Zawsze zachwycałam się naturą i kolorami, szczególnie piękną, soczystą zielenią, a w tym roku zachwycam się niesamowitym klimatem tego miejsca, który próbowałam uchwycić na czarno-białych fotografiach.

Wizyta w Ojcowie powoli staje się naszym małym rodzinnym zwyczajem. Przebywając dwa tygodnie w Krakowie, aż żal nie odwiedzić tego miejsca. Niesamowite jak można się zrelaksować i odprężyć zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od dużego miasta. Nie przepadam za miejskim zgiełkiem, więc w tego typu miejscach czuję się jak ryba w wodzie 🙂 A nawiązując do rybki zawsze i wszędzie polecam wędzonego pstrąga z Ojcowa. 🙂 Smak nie do podrobienia!

Wycieczka stała się również pretekstem do wypróbowania nowego wózka. Kto śledzi bloga regularnie, ten wie, że szukaliśmy małej, sprytnej i lekkiej spacerówki. Decyzja podjęta, a obszerny wpis na ten temat powoli się tworzy. Piaszczyste i kamieniste ścieżki Ojcowa były bardzo dobrym sprawdzianem naszego nowego zakupu, a i Majka miała okazję spędzić w nim trochę czasu 🙂 Nie będę Was dłużej zanudzać. Zapraszam do obejrzenia zdjęć z naszego małego, rodzinnego wypadu.

Miłego dnia! 🙂

Magda

 

 

Gdzie jest mama?

Mama to taki domowy James Bond 007 – dba o wszystko. Do tego Superman – bo uratuje każdą sytuację. Mama jest wszędzie. Jestem mamą i czasem mam wrażenie, że muszę ogarnąć cały świat. Walka z czasem, którego nie da się rozciągnąć to nasza codzienność. Chcemy być dobrą mamą, żoną, gospodynią, a po urlopie macierzyńskim również pracownikiem. Ale czy da się wszędzie naraz angażować tak na 100%. Nieraz chciałabym, żeby o niektórych sprawach pomyślał ktoś inny i chyba chodzi tu o rzeczy związane ściśle z moją osobą. Bo o rodzinę dbam ja, ale czasem przy tym wszystkim zapominam o sobie. Idę do sklepu i wzorowo kupuję pampersy, kaszkę oraz kleik ryżowy. W domu przypominam sobie o własnych zakupach. I tak kolejny raz pożyczam pod prysznicem szampon od męża. Prasuję kilka męskich koszul i kilka ubranek w rozmiarze 80, więc to na pewno nie moje. Kocham dbać o rodzinę i nie mam o to pretensji, tylko zawsze jakoś tak dziwnie się dzieje, że na moje „kilka ubrań” zawsze brakuje już sił albo czasu. Nałożę obiad dla męża, nałożę również dla Majki, a w sumie to raczej dla mnie i dla Majki, bo zawsze po niej dojadam. Mąż już zjadł, ja wciąż karmię dziecko. Po trzydziestu minutach walki z tym, że wszystko w okół jest bardziej interesujące niż zawartość talerza, nadchodzi czas na nocnik. Ogarniam temat i wreszcie mogę zasiąść do obiadu… zimnego. Ale to nic bo i tak jem tyle ile zdążę, zanim mały Szkrab nie wdrapie mi się na kolana. Dostaję buziaka i wtedy okazuje się, ze ten zimny obiad to w sumie żadna tragedia. To wszystko nie jest takie złe, to codzienność do której każda z nas z czasem się przyzwyczaja i w jakiś sposób to akceptuje. Staramy się stanąć na wysokości zadania nie patrząc na koszty, a wszystko z wielkiej, bezinteresownej miłości.

Analizuję sobie całą sytuację i zastanawiam się nad jednym. Owszem dbam o Maję, jej zdrowie, rozwój, szczęście. Organizuję jej cały świat. Ale czy nie za bardzo wchodzę w rolę zwykłego reżysera? Co Majka zapamięta  z tych dni? Pewnie nic. A gdy spojrzy na rodzinne zdjęcia zobaczy jak tata woził ją na sankach, jak tata trzymał ją na rękach, jak siedziała na kolanach Mikołaja podejrzanie podobnego do tatusia, jak tata karmi ją zupą i prowadzi na spacer za rękę. I wiem o co zapyta…

GDZIE JEST MAMA?

Organizuję jej cały świat i uznałam za punkt honoru to wszystko udokumentować, ale zapomniałam, że ja też powinnam być na rodzinnych fotografiach. Nie chcę żeby to tak dalej wyglądało, dlatego zaczynając od dziś, w każdej wolnej chwili zamierzam zamieniać się rolami z moim B. Od teraz to on będzie się częściej realizował w roli fotografa. Mogę używać szamponu męża, mieć nieuprasowane ubrania i jeść zimny obiad, ale nie zgadzam się na stanie obok sceny tam, gdzie powinnam grać jedną z głównych ról. Wy też proście tatusiów swoich pociech, aby robili Wam jak najwięcej zdjęć. Niech Wasze dzieci oglądając w przyszłości rodzinny album zobaczą, że Wy również czynnie uczestniczyłyście w ich życiu. Na co dzień wśród natłoku obowiązków i wielu „ważnych” spraw nie zwracamy na to uwagi, ale w przyszłości te wszystkie wspomnienia zapisane na fotografiach, będą dla naszych dzieci niezwykle ważne…

A jak jest u Was drogie mamy? Też ciągle stoicie po drugiej stronie obiektywu?

Magda

Na sanki!

Mam kilka takich wspomnień z dzieciństwa, dzięki którym wiem, jak może wyglądać prawdziwa zima. Nie na wsi, nie w górach, ale w mieście. Śnieg po kolana, zamarzające drzwi od klatki schodowej, droga do szkoły, która była jedną, wielką ślizgawką czy bałwan, który ulepiony na początku zimy, potrafił stać całymi tygodniami. Pamiętacie orzełki na śniegu albo wojny na śnieżki? 🙂 Ależ to była zabawa!

Nie lubię zimna, jestem rasowym piecuchem, ale skoro i tak mamy różne pory roku, to niech zima będzie zimą. Z białym puchem, skrzypiącym śniegiem pod butami, ośnieżonymi drzewami i białymi dachami domów. Tylko w takim wydaniu ta pora roku ma prawdziwy urok. Sami dobrze wiecie jak to wyglądało w ostatnich latach. Długo się zastanawiałam czy kupowanie sanek ma jakikolwiek sens. Bałam się, że przeleżą cały sezon, bo znowu będziemy mieć jesień zamiast zimy. Przyznaję, że na zakup zdecydowałam się dopiero po obiecującej prognozie pogody 🙂 Pomyślałam, że skoro ma tyle sypać, to należy to wykorzystać. Kto wie, kiedy znów nadarzy się okazja?

Marzyły mi się tradycyjne drewniane sanki, takie jakie kiedyś miałam ja. Chciałam jedynie by miały oparcie i pasy do przypięcia dziecka. W końcu to miał być pojazd dla osóbki, która jeszcze nie rozumie, co to znaczy ” trzymaj się”. Najpewniej sfrunęła by z nich przy pierwszym napotkanym wyboju 😀 Rozpoczęłam poszukiwania tradycyjnie od przejrzenia internetu – odkąd zostałam mamą często robię zakupy w sieci, bo tak jest mi łatwiej. Już po przejrzeniu kilku pierwszych sklepów byłam zaskoczona. Staram się być na tzw. „czasie” z różnymi artykułami dla dzieci, ale jakoś temat sanek nigdy mnie nie interesował, aż do tej zimy. Szukałam drewnianych sanek, a znalazłam prawdziwe sankowe bolidy formuły 1. Śpiworki, pchacze, daszki, kolory… można zwariować. A żeby nie zwariować jak zawsze zaczęłam od analizy.

  1. Sanki muszą być solidne, bezpieczne, trwałe, praktyczne…Ale jakie? Drewno czy metal?
  2. Oparcie. Koniecznie!
  3. Pasy? Bezwzględnie!
  4. Śpiworek? Hmm wcześniej o tym nie myślałam. w końcu kombinezon zimowy ma. Ale… kombinezon nie zawsze jest wygodny, szczególnie w pozycji siedzącej, a tak mogłaby w kurtce „śmigać” po zaspach… Hmm czemu nie?
  5. Daszek? Niekoniecznie. Kapturek wystarczy, a w zamieć śnieżną i tak nie zamierzam z Majką zdobywać świata
  6. Pchacz? W wózku się sprawdza, w jeździku, którym przemierzała podwórko dziadków wzdłuż i wszerz, również był wygodny. Niech będzie i w sankach!

Ostatecznie B. podjął męską decyzję i zamówiliśmy sanki metalowe. Miały wszystko to, co chcieliśmy – oparcie, śpiworek i pasy, a dodatkowo w zestawie trafił nam się „niepotrzebny” daszek i pchacz, który traktowaliśmy jako ciekawy dodatek. Po ponad tygodniu częstego użytkowania (niech żyje śnieg!) nowych sanek, mogę podzielić się z Wami swoją opinią.

  1. Nie wiem jak sprawowałyby się sanki drewniane, ale na te naprawdę nie można narzekać. Lekkie, dobrze wykonane, mają bardzo dobry poślizg. I są magiczne… dosłownie! Po otwarciu przesyłki, Majka koniecznie chciała w nich usiąść i nie chciała z nich zejść, przykrywając się co chwila kawałkiem śpiworka. I tak pierwsze saneczkowanie zaliczyliśmy w domowym zaciszu, a mój szkrab siedział w jednym miejscu ponad godzinę! 😀 Chyba po zimie wstawię je do pokoju 😛
  2. Oparcie dobrze wyprofilowane ( siadałam i testowałam osobiście 🙂 )
  3. Pasy wygodnie regulowane i bez nich w ogóle nie wyobrażam sobie jazdy z moim dzieckiem. Chucham, dmucham, opiekuję się jak małą, delikatną księżniczką, a okazuje się, że mój mały rozbójnik nudzi się na sankach! Musi być szybko i muszą byś ostre zakręty. To dopiero jest zabawa! Ile przy tym śmiechu i pisków. 🙂 Cudowne chwile <3 I chociaż czasami trę już językiem po śniegu ze zmęczenia, to dla tej radości mogłabym tak biegać godzinami 🙂 A skoro ma być szybko to tylko z pasami!
  4. Śpiworek… bajka! Rozsuwany na całej długości, więc bardzo łatwo posadzić w nim dziecko. Cieplutki – my wybraliśmy z wełnianą podszewką, nieprzemakalny (dla mnie to podstawa). Jest spory, na pewno spokojnie posłuży nam cały następny sezon.
  5. Pchacz… nie uwierzycie jakie to wygodne przy sankach! Całkowita kontrola prędkości przy zjeżdżaniu z pochyłego terenu. Przy rocznym dziecku taka kontrola to dla mnie wielki plus dla bezpieczeństwa. I wcale nie mówię tu o specjalnie wysokiej górce. Próbowałam ciągnąć  sanki z Mają na pokładzie po osiedlowej drodze, która leży pod pewnym kątem… po kilku sekundach zostałam dosłownie w tyle. Nie mam ochoty ganiać sanek z rocznym dzieckiem w roli pasażera. Nie potrzebne mi takie dodatkowe emocje 😛
  6. Daszek. No cóż… ja byłam zupełnie przeciwna, ale muszę przyznać, że się myliłam. Daszek przydał się już pierwszego dnia śnieżnego szaleństwa. W mieście zawsze biały puch szybciej topnieje, więc najczęściej jedziemy na sanki poza miasto. W trakcie spaceru zaskoczyły nas dość mocne opady śniegu. Kaptur nie wystarczył. Na pewno zależy to również od dziecka, ale Maja widziała śnieg po raz pierwszy w życiu, i gdy nagle te małe, białe okruszki spadające z nieba zaczęły atakować jej buzię, nie była zachwycona. Przestałam traktować ten element wyposażenia jako niepotrzebny gadżet.

 

Sanki kupiliśmy TUTAJ

Dodatkowe informacje:

  • sanki od polskiego producenta ( dla mnie ważne)
  • z daszkiem lub bez (do wyboru)
  • ze śpiworkiem lub miękkim materacem (do wyboru)
  • podszewka śpiworka wełniana lub polar (do wyboru)
  • sanki śpiworki, materacyki  w kilku opcjach kolorystycznych (dla wymagających)

Miłego weekendu!! 🙂

Magda