Jestem kobietą.

Tak, jestem mamą, ale jestem również kobietą, i chociaż ciężko z czasem dla siebie przy opiece nad małym dzieckiem, to staram się o tym nie zapominać. Mój mąż się śmieje, że młode mamy mają oczywiste marzenia…

1. Wyspać się…

2. Wypić w spokoju filiżankę kawy…

3. Obejrzeć dobry film…

4. Poczytać w spokoju książkę lub gazetę…

5. Wziąć długą, relaksującą kąpiel…

No cóż. Kawę piję codziennie. Nie zawsze trafiam na ciepłą (raczej rzadko), ale nie jest z tym najgorzej. Postanowiłam być sprytniejsza i zakupiłam porządny kubek termiczny (tak, dobrze rozumiesz, używam go w domu :P) i piję ciepłą kawę (zwycięstwo)… nieważne, że nieraz trwa to dwie godziny 😛

Póki trwa ząbkowanie, staram się nie myśleć o wyspaniu, lepiej nie robić sobie nadziei 😛 A tak poważnie, to ostatnio w dużej mierze moja własna wina. Znacie ten moment kiedy tylko marzycie o tym, aby dziecko wreszcie zasnęło, bo sami chcecie przyłożyć głowę do poduszki? A znacie ten moment kiedy wreszcie zaśnie, a Wy zamiast się położyć, chcecie dostać nagrodę nobla i zmieścić dobę w kilka godzin? Taaak, ja też tak mam. Zamiast iść spać jak rozsądny człowiek, siedzę do późnych godzin i załatwiam „ważne” sprawy. Następnego dnia rano najczęściej tego żałuję, szczególnie po kilku nocnych pobudkach Majki. Dla ścisłości… właśnie minęła północ, a więc u mnie bez zmian 🙂

Film czasem obejrzę. Nie wiem czy dobry, bo raczej to loteria, czyli to co akurat leci w tv. Ale człowiekowi na „głodzie” wiele się podoba, możecie mi wierzyć 🙂 Przy Majce staram się nie włączać telewizora, taką z mężem mamy umowę. Na tego typu rozrywki Majka ma jeszcze czas. Po całym dniu spędzonym w niemowlęcym świecie, nawet reklama proszku do prania przyciąga uwagę jak magnes i ma w sobie wiele treści 😛

Z książkami nie jest źle, codziennie z Mają przeglądamy mały, niemowlęcy leksykon warzyw i owoców, czasem trafią się zwierzęta, więc chyba mogę stwierdzić, ze jestem na bieżąco 🙂 Ostatnio chyba chce mnie sprawdzić, bo non stop wskazuje palcem raz na jabłko, a raz na gruszkę, czekając aż je nazwę. Może sprawdza zgodność moich wypowiedzi 🙂

I tak dotarłam do punktu nr 5… No cóż. Z tym to już gorzej. Nie wiem jak u Was, ale u mnie króluje raczej szybki, praktyczny prysznic. Często obiecuję sobie szereg przyjemności podchodzących pod domowe SPA (czytaj maseczka 😛 ), o których zapominam w tym całym prysznicowym pędzie. Szczególnie jeśli wiem, że danego wieczoru jestem sama z Majką. To dopiero przygoda! Co chwila wydaje mi się, że płacze, więc co chwila zakręcam wodę i nasłuchuję. Optymistyczna wersja: jednak mi się wydawało i spokojnie kończę prysznic. Wersja z przygodą: jednak płacze… nie przestaje.. i wypadam spod prysznica jak poparzona utulić swoje małe 🙂 No inaczej nie potrafię. Zazdroszczę jeśli ktoś ma mocniejsze nerwy 😀

A wracając do tematu wpisu, jakie było jedno z moich noworocznych postanowień? Zadbać o siebie! No i klops. Styczeń się kończy, a ja nic dla siebie nie zrobiłam. Nieładnie! Czas na poprawę. Obiecałam sobie relaksującą kąpiel raz w tygodniu, kiedy wiem, że Maja może liczyć na opiekę taty. Postanowiłam się dopieścić na całego, i zamówiłam kilka „pachnideł” i akcesoriów do kąpieli w Sephorze (szaleństwo). Zwarta, gotowa i uzbrojona udałam się do łazienki… Zasada numer jeden: kąpiel bierzemy dopiero wtedy, gdy dziecko śpi! Kto miał kąpiel z płaczącym dzieckiem pod drzwiami łazienki, ten wie co mówię 😀 Mam dwie hipotezy. Albo chciała mnie ratować przed pralką, która obecnie jest domowym potworem numer jeden, albo ona też chciała wejść, a teraz akurat ten czas, kiedy wszystko robi się z mamą. No nic, przede mną próba numer dwa, w trakcie której planuję się wreszcie porządnie zrelaksować. :))

A Ty co w tym roku zrobiłaś dla siebie? 🙂

Ps. Dagmara zaproponowała jeszcze jedno, dlatego dodajemy punkt 6! Czas dla mamy i taty. Jak z tym u Was jest? 🙂 Ja po prawie 15 miesiącach, śmiało mogę zapytać… Co to jest czas dla mamy i taty? 😛 Nie chodzi mi tu o przypadkowe zakupy we dwoje i inne podobne sytuacje, ale np.  z premedytacją zaplanowane wspólne wyjście, chociażby na kawę. Ale chyba w tym momencie najbardziej marzy mi się weekend we dwoje. Tylko czy dam radę zostawić Majkę? Odkąd przyszła na świat nie byłam sama poza domem dłużej niż 5-6 godzin…

 

Na sanki!

Mam kilka takich wspomnień z dzieciństwa, dzięki którym wiem, jak może wyglądać prawdziwa zima. Nie na wsi, nie w górach, ale w mieście. Śnieg po kolana, zamarzające drzwi od klatki schodowej, droga do szkoły, która była jedną, wielką ślizgawką czy bałwan, który ulepiony na początku zimy, potrafił stać całymi tygodniami. Pamiętacie orzełki na śniegu albo wojny na śnieżki? 🙂 Ależ to była zabawa!

Nie lubię zimna, jestem rasowym piecuchem, ale skoro i tak mamy różne pory roku, to niech zima będzie zimą. Z białym puchem, skrzypiącym śniegiem pod butami, ośnieżonymi drzewami i białymi dachami domów. Tylko w takim wydaniu ta pora roku ma prawdziwy urok. Sami dobrze wiecie jak to wyglądało w ostatnich latach. Długo się zastanawiałam czy kupowanie sanek ma jakikolwiek sens. Bałam się, że przeleżą cały sezon, bo znowu będziemy mieć jesień zamiast zimy. Przyznaję, że na zakup zdecydowałam się dopiero po obiecującej prognozie pogody 🙂 Pomyślałam, że skoro ma tyle sypać, to należy to wykorzystać. Kto wie, kiedy znów nadarzy się okazja?

Marzyły mi się tradycyjne drewniane sanki, takie jakie kiedyś miałam ja. Chciałam jedynie by miały oparcie i pasy do przypięcia dziecka. W końcu to miał być pojazd dla osóbki, która jeszcze nie rozumie, co to znaczy ” trzymaj się”. Najpewniej sfrunęła by z nich przy pierwszym napotkanym wyboju 😀 Rozpoczęłam poszukiwania tradycyjnie od przejrzenia internetu – odkąd zostałam mamą często robię zakupy w sieci, bo tak jest mi łatwiej. Już po przejrzeniu kilku pierwszych sklepów byłam zaskoczona. Staram się być na tzw. „czasie” z różnymi artykułami dla dzieci, ale jakoś temat sanek nigdy mnie nie interesował, aż do tej zimy. Szukałam drewnianych sanek, a znalazłam prawdziwe sankowe bolidy formuły 1. Śpiworki, pchacze, daszki, kolory… można zwariować. A żeby nie zwariować jak zawsze zaczęłam od analizy.

  1. Sanki muszą być solidne, bezpieczne, trwałe, praktyczne…Ale jakie? Drewno czy metal?
  2. Oparcie. Koniecznie!
  3. Pasy? Bezwzględnie!
  4. Śpiworek? Hmm wcześniej o tym nie myślałam. w końcu kombinezon zimowy ma. Ale… kombinezon nie zawsze jest wygodny, szczególnie w pozycji siedzącej, a tak mogłaby w kurtce „śmigać” po zaspach… Hmm czemu nie?
  5. Daszek? Niekoniecznie. Kapturek wystarczy, a w zamieć śnieżną i tak nie zamierzam z Majką zdobywać świata
  6. Pchacz? W wózku się sprawdza, w jeździku, którym przemierzała podwórko dziadków wzdłuż i wszerz, również był wygodny. Niech będzie i w sankach!

Ostatecznie B. podjął męską decyzję i zamówiliśmy sanki metalowe. Miały wszystko to, co chcieliśmy – oparcie, śpiworek i pasy, a dodatkowo w zestawie trafił nam się „niepotrzebny” daszek i pchacz, który traktowaliśmy jako ciekawy dodatek. Po ponad tygodniu częstego użytkowania (niech żyje śnieg!) nowych sanek, mogę podzielić się z Wami swoją opinią.

  1. Nie wiem jak sprawowałyby się sanki drewniane, ale na te naprawdę nie można narzekać. Lekkie, dobrze wykonane, mają bardzo dobry poślizg. I są magiczne… dosłownie! Po otwarciu przesyłki, Majka koniecznie chciała w nich usiąść i nie chciała z nich zejść, przykrywając się co chwila kawałkiem śpiworka. I tak pierwsze saneczkowanie zaliczyliśmy w domowym zaciszu, a mój szkrab siedział w jednym miejscu ponad godzinę! 😀 Chyba po zimie wstawię je do pokoju 😛
  2. Oparcie dobrze wyprofilowane ( siadałam i testowałam osobiście 🙂 )
  3. Pasy wygodnie regulowane i bez nich w ogóle nie wyobrażam sobie jazdy z moim dzieckiem. Chucham, dmucham, opiekuję się jak małą, delikatną księżniczką, a okazuje się, że mój mały rozbójnik nudzi się na sankach! Musi być szybko i muszą byś ostre zakręty. To dopiero jest zabawa! Ile przy tym śmiechu i pisków. 🙂 Cudowne chwile <3 I chociaż czasami trę już językiem po śniegu ze zmęczenia, to dla tej radości mogłabym tak biegać godzinami 🙂 A skoro ma być szybko to tylko z pasami!
  4. Śpiworek… bajka! Rozsuwany na całej długości, więc bardzo łatwo posadzić w nim dziecko. Cieplutki – my wybraliśmy z wełnianą podszewką, nieprzemakalny (dla mnie to podstawa). Jest spory, na pewno spokojnie posłuży nam cały następny sezon.
  5. Pchacz… nie uwierzycie jakie to wygodne przy sankach! Całkowita kontrola prędkości przy zjeżdżaniu z pochyłego terenu. Przy rocznym dziecku taka kontrola to dla mnie wielki plus dla bezpieczeństwa. I wcale nie mówię tu o specjalnie wysokiej górce. Próbowałam ciągnąć  sanki z Mają na pokładzie po osiedlowej drodze, która leży pod pewnym kątem… po kilku sekundach zostałam dosłownie w tyle. Nie mam ochoty ganiać sanek z rocznym dzieckiem w roli pasażera. Nie potrzebne mi takie dodatkowe emocje 😛
  6. Daszek. No cóż… ja byłam zupełnie przeciwna, ale muszę przyznać, że się myliłam. Daszek przydał się już pierwszego dnia śnieżnego szaleństwa. W mieście zawsze biały puch szybciej topnieje, więc najczęściej jedziemy na sanki poza miasto. W trakcie spaceru zaskoczyły nas dość mocne opady śniegu. Kaptur nie wystarczył. Na pewno zależy to również od dziecka, ale Maja widziała śnieg po raz pierwszy w życiu, i gdy nagle te małe, białe okruszki spadające z nieba zaczęły atakować jej buzię, nie była zachwycona. Przestałam traktować ten element wyposażenia jako niepotrzebny gadżet.

 

Sanki kupiliśmy TUTAJ

Dodatkowe informacje:

  • sanki od polskiego producenta ( dla mnie ważne)
  • z daszkiem lub bez (do wyboru)
  • ze śpiworkiem lub miękkim materacem (do wyboru)
  • podszewka śpiworka wełniana lub polar (do wyboru)
  • sanki śpiworki, materacyki  w kilku opcjach kolorystycznych (dla wymagających)

Miłego weekendu!! 🙂

Magda