„Kicia Kocia i witaminowe przyjęcie” – recenzja

Seria książeczek, których główną bohaterką jest mała, urocza Kicia Kocia już od dawna wzbudzała moją ciekawość. Seria dedykowana jest  dzieciom w wieku 3-5 lat, ale moja mała dwulatka już opowiada całość praktycznie z pamięci. Jeśli wasze dzieci też tak bardzo kochają książeczki, to śmiało możecie sięgnąć po Kicie Kocie trochę wcześniej, tym bardziej, że napisana jest naprawdę prostym językiem. Można przebierać wśród wielu ciekawych tytułów, a i cena książeczek jest bardzo zachęcająca. Niewielkim kosztem możemy urozmaicić dziecku domową biblioteczkę o konkretne, pouczające pozycje, z których, z niewielką pomocą rodzica, wyciągnie parę wartościowych wniosków. Moją uwagę zwróciło kilka tytułów, m.in. „Kicia Kocia jest chora”, „Kicia Kocia nie może zasnąć”, „Kicia Kocia mówi ‚Nie!’ ” czy „Kicia Kocia to moje!”. Na pewno niedługo pojawią się na naszej półce. Ogromną zaletą jest fakt, że każdy rodzic może wybrać te książeczki, które najlepiej odpowiadają potrzebom wychowawczym i rozwojowym jego dziecka. W sprzedaży pojawiła się również seria Kicia Kocia i Nunuś , która opowiada o przygodach głównej bohaterki i jej małego braciszka. Lektura w sam raz przed pojawieniem się młodszego rodzeństwa :). Dzieciom, które lubią zabawę kredkami, polecam Kicie Kocie do czytania, bazgrania i malowania, m.in. „Kicia Kocia w lesie”. 🙂

„Kicia Kocia i witaminowe przyjęcie” to pierwsza książeczka serii Wydawnictwa Media Rodzina, która pojawiła się w naszym domu. Autorką i ilustratorką wszystkich publikacji jest Anita Głowińska. Książeczka ma miękką okładkę, gładkie kartki z połyskiem i liczy 24 strony. Ilustracje są kolorowe, przyjemne dla oka i wyglądają tak, jakby namalowało je małe dziecko. Pewnie dlatego Majce tak bardzo przypadły do gustu. Większą część tekstu stanowi opowiadanie głównego narratora, ale występują również dialogi Kici Koci z rodzicami i przyjaciółmi.

Książeczka w lekki i przystępny sposób, tłumaczy, że od nadmiaru słodyczy może rozboleć brzuszek i psują się ząbki. Część tekstu o dziurach w zębach robi na dziecku naprawdę duże wrażenie 🙂 Na wspomnienie o złym samopoczucia Kicia Kocia postanawia wraz z przyjaciółmi urządzić witaminowe przyjęcie, na którym pojawia się cała masa zdrowych pyszności. Pozycja idealna dla małego niejadka. Uwag do książeczki nie mam żadnych… no może jedną, dziecko może jej słuchać w nieskończoność 😛

Znacie serię książeczek o Kici Koci? 🙂

____________________________________________________________________

Tytuł „Kicia Kocia. Witaminowe przyjęcie”

Autor Anita Głowińska

Format 19,6 x 19,3 , okładka miękka, 24 strony

Wydawnictwo Media Rodzina

Wiek docelowy 3-5 lata

Ocena (1-10)  8!

Link do strony wydawnictwa (klik)

____________________________________________________________________

Podobne posty

Słodkie historyjki „Mam już 2 lata” – recenzja

Gdy dziecko nie chce jeść

Majka 6 lutego skończyła 15 miesięcy. Patrze na nią i dziwie się jak to możliwe, że jest już taka duża! To już nie jest niemowlak, to jest mała osóbka, która potrafi wyrazić swoje zdanie i to bardzo wyraźnie. Rzuci zabawką tu i ówdzie, by pokazać swoje niezadowolenie, wypluje jedzenie z buzi jak jej nie smakuje, ba! nie otworzy buzi jak wygląd jedzenia jej się nie podoba. I właśnie o tym będzie dzisiejszy wpis. Powstał chyba trochę z potrzeby serca. W trakcie mailowania z niektórymi mamami, czytam nieraz, że u Nas jest tak wszystko super, Maja świetnie się rozwija, a u innych problem za problemem. Nie jest tak Kochani. Każdy ma czasem pod górkę i każdy ma własne przeszkody do pokonania, nawet w zakresie rodzicielstwa.

Nie będę pisać „mądrych” rad jak to najlepiej karmić swoje dziecko. Znajdziecie na ten temat tyle książek, ilu autorów. Dla mnie poprawna wersja brzmi: tyle metod, ile dzieci. Bo każde jest inne. Karmiłam wyłącznie piersią przez pierwsze 6 miesięcy, tak radziła nam położna i lekarze, skoro więc byłam tą szczęściarą i miałam wystarczające ilości pokarmu, postanowiłam zrobić wszystko to, co dla małej będzie najlepsze. Kiedy zaczęliśmy wprowadzać Majce nowe pokarmy, nie sądziliśmy, że pojawią się jakieś problemy. Byliśmy podekscytowani, że będzie próbowała nowych rzeczy, a ja dodatkowo byłam podekscytowana, że zyskam trochę wolności i moje „mlekomaty” będą mogły z czystym sumieniem iść na spacer lub na zakupy. Jupi! Tyle było radości! Majka jadła z apetytem, próbowała nowych smaków, robiła słodkie minki i wielbiła ziemniaki ponad wszystko. A potem coś poszło nie tak…

Nie wiemy co się stało, ani w którym momencie. Prawdopodobnie coś co jej nie zasmakowało, skutecznie zraziło ją do próbowania nowych rzeczy. M. tak słabo przybierała na wadze, że w 7 miesiącu życia odmówiono nam szczepienia. Były badania krwi, analizy diety i dziesiątki rad od lekarzy, znajomych i rodziny. Dosłownie stawałam na głowie, żeby nasza latorośl coś zjadła. Bywały dni, że gotowałam 2-3 rodzaje zupek, mając nadzieję, że coś wreszcie zaskoczy, ale sukces następował dopiero, gdy czegoś spróbowała, a niestety moje małe, przebiegłe dziecko nie chciało wziąć do ust niczego, czego nie poznawało po wyglądzie 😀 Dziś mogę śmiało stwierdzić, że od pewnego momentu, dni mijały mi głównie na wymyślaniu dziecięcego menu.

Przetrwaliśmy lato, ale bez większego sukcesu. Tym bardziej, że do problemu dołączyło bolesne ząbkowanie, które czasem wykluczało nam z jadłospisu  pokarmy o bardziej stałej konsystencji. We wrześniu po kontroli wagi wracałam do domu mając w torebce syrop na apetyt. Poczułam ulgę. Wiadomo, że wolałabym nie sięgać po takie środki, nawet jeśli zalecił je lekarz, ale chciałam wreszcie zobaczyć, jak moje dziecko je z apetytem. Pokochałam ten syrop od pierwszego dnia! Zadziałał! Musiałam się nauczyć, że to co nakładałam do tej pory Majce na talerz, to tylko połowa porcji. 🙂 Każda mama i każdy tata rozumie, jaka to była dla mnie radość i jaka ulga. Waga skoczyła w górę i M. zaczęła wyrastać ze swoich ubranek. To kolejny dowód na to, jak duży był to problem, bo rozmiar 74 królował u nas od czerwca do listopada… rozmiar mojego dziecka dosłownie stanął w miejscu.

Jak jest teraz? Nie jest źle. Jestem mądrzejsza o te miesiące doświadczeń, ale nie na tyle by odnieść stuprocentowy sukces. M. nadal boi się nowości, więc często trwa walka o pierwszy kęs, ale cieszy fakt, że to co zna, najczęściej zjada z apetytem. Pojawiły się też małe sukcesy, zaczęła jeść pieczywo, na które zawsze spoglądała z niesmakiem oraz banany, które długo były dla mnie wielką zagadką. Ze słoiczka zawsze zjadała je bez problemu, a gdy sama chciałam jej go podać, unikała go jak ognia. Już chodząc na czworaka, uciekała przed nim za kanapę 🙂 Wiecie co się okazało? Robiłam jeden podstawowy błąd… obierałam go na jej oczach. To nie banan był problemem, ale straszna, zwisająca, żółta skórka! Majka została wykluczona z procesu przygotowania oraz obróbki. Otrzymuje gotowy produkt w postaci pokrojonego w misce banana, którego teraz wręcz uwielbia 🙂 Uwielbia papki, dlatego powoli uczymy się, że tu i ówdzie pojawia się w zupie większy kawałek, ale zupy kremy nie spędzają mi snu z powiek, dopóki widzę jak pochłania z rączki mielonego kotleta 🙂 Najważniejsze to się nie poddawać, próbować, próbować i próbować, w końcu trafi się na smaki i konsystencje, które odpowiadają naszemu dziecku. 🙂

Na tym chyba skończę, bo mogłabym na ten temat napisać Wam tu książkę.

Masz jakieś pytania?

Masz ochotę opowiedzieć jak to wygląda u Was?

Mieliście podobne „przygody” ze swoimi dziećmi?

CZEKAM NA KOMENTARZE! 🙂